MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Na goraco Tu omawiac bedziemy bierzace sprawy
Nasze projekty itp

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 08 kwie 2021, 17:34

Nie mogę narzekać na brak zajęcia. Nie mniej między realizacją zamówień internetowych i załatwianiem miejscowych wędkarzy zdarzają się mniejsze lub większe przerwy. Odrywanie się od podstawowych czynności powoduje zakłócenie rytmu pracy. Nie lubię, jak się za coś zabiorę żebym to musiał zostawić i gonić w inne miejsce. Co innego z pisaniem. Kartkę papieru i długopis można w każdej chwili odłożyć. Zaś w głowie ułożyć sobie dalszą narrację.
Moje ostatnie felietony były bardzo krótkie. Kilka zdań, żeby nie zanudzać czytelnika. Tym razem rzecz ma być nieco dłuższa. Wszystko to przez pochwały, jakie zebrałem od osób, do których trafiły wydane drukiem Opowiadania. Zostałem mile zaskoczony, że jednak ludzie czytają. Tylko niektórzy bezmyślnie oglądają obrazki w telewizorze. Bywa, że w dwóch jednocześnie.
Jak dalece sięgam pamięcią, to zdarzały mi się różne niewydarzone pomysły. W dzieciństwie błysnąłem wśród rówieśników niekonwencjonalnym sposobem poruszania się zimą. Dorośli mieli sanie ciągnione przez konie, koledzy sanki na sznurku, a ja poruszałem się psim zaprzęgiem. Był to w pełni profesjonalny napęd, gdyż jako pasażer mogłem poruszać się do szkoły lub na zakupy w dowolnym kierunku. Wszystko to dzięki przemyślności i cierpliwości w tresurze moich psów. Eskimoska sanna była wspominana jeszcze przez wiele lat po ukończeniu przeze mnie podstawówki.
I tak mi już zostało. W latach siedemdziesiątych miała się dobrze kultura studencka. Wtedy pojawili się Zaucha, Grechuta, Rodowicz, Sipińska i liczne kabarety. Elita, Tey, Rosiewicz i Hagaw. Założyłem również na swojej uczelni kabaret o nazwie Loszek. Nie wykluła się z niego żadna wielka potęga, ale byłem mile zdziwiony czytając materiały przygotowane na zjazd absolwentów zorganizowany w 20 lat po ukończeniu szkoły, że satyryczna inicjatywa przetrwała w Akademii przez kilka kolejnych lat. Cały czas pod tą samą nazwą.
W pracy zawodowej takie różne pomysły miały swoją nazwę: racjonalizacja i wynalazczość. Były z tego dodatkowe pieniądze. Uposażenie początkującego inżyniera w firmie państwowej mieściło się w przeciętnych dochodach. Te zaś były skrojone na miarę równych żołądków umysłowego i fizycznego. Do tego jedynym kapitałem na starcie było mieszkanie z firmy i zestaw mebli od teściowej. Jak i inni młodzi ludzie mieliśmy potrzebę być tu i tam. Bywać w gościnie i przyjmować odwiedziny innych. Wszystko to wiązało się z kosztami. Na promocyjnych zakupach również nie szło zaoszczędzić, bo ich po prostu nie było. Wszyscy byli zadowoleni, jak cokolwiek udało się kupić.
Wnioski racjonalizatorskie nie mogły dotyczyć zadań, które były przedmiotem obowiązków służbowych. Trzeba się było zdrowo nagłowić, żeby wymyśleć coś, co przynosiło profity firmie a nie było w żaden sposób przypisane do własnego zakresu obowiązków. Wiele z moich pomysłów było w ten sposób utrącane. Grunt to jednak się nie zniechęcać.
Ten sposób dorabiania skończył się z chwilą awansu na zastępcę dyrektora. Ścisłe kierownictwo zakładu było wyłączone z przywileju składania wniosków. Byłem od oceniania innych i pilnowania interesu firmy. Nikt mi nie zabronił być jednak nadal inżynierem. Podsuwałem swoje pomysły podwładnym. Ich widok na osobiste profity eliminował opory w tworzeniu czegoś nowego. Szło łatwiej.
W nowych realiach wynikających z urynkowienia gospodarki przez reformy Balcerowicza firma padła. Trzeba było się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Spróbowałem zostać senatorem pierwszej kadencji. Bez efektu. Zdjęcia Skowrońskiej i Grządzielskiego z Lechem przesądziły sprawę. Mogłem się jedynie pocieszać, że dostałem w wyborach tyle głosów jak miałem podpisów na listach poparcia. Następny krok to spółka nomenklaturowa. Udało się powołać do życia Słubex Sp. Z o.o. Interesy wspólników okazały się jednak tak rozbieżne, że pozostało ratować się działalnością na własny rachunek. Każda zmiana formuły wymagała wgryzania się w przepisy. Siedziałem i uczyłem się Kodeksu Handlowego, obowiązków sprawozdawczych, rozliczeń z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, przepisów podatkowych. Co tu ukrywać, nie byłem za to hołubiony przez żonę. Na nią przypadało więcej obowiązków domowych.
W tym czasie nie było w Słupsku żadnego zakładu budowy kominków. Był czas, że szło nawet nieźle. Kolejka chętnych na pół roku do przodu. Śmigałem z ekipą również po okolicy: Darłowo, Miastko. Dla zajęcia czasu w czasie przerw technologicznych pracowała kuźnia produkując zestawy kominkowe, przecinaki, brechy, gwoździownice. Jedno z takich narzędzi pozostawiłem sobie. Czułbym się bez niego jak bez ręki. Skończyło się tanie kredytowanie budownictwa mieszkaniowego i skończyły pieniądze na kominki. Próbowałem coś tam jeszcze ratować na usługach budowlanych. Po wyczerpaniu wszelkich rezerw z lepszych czasów kolejna zmiana branży: handel artykułami spożywczo- przemysłowymi. Pracowaliśmy oboje. Po kilkanaście godzin dziennie przez wszystkie dni tygodnia. Dzieci były już trochę odchowane, nie mniej starsze miały wiele obowiązków ponad swoje lata. Najtrudniej miał najstarszy – Irek. Procentowało wpajane mu od maleńkości poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo i poczucie rodzinnej wspólnoty interesów. I tak mu zostało do teraz.
Nie wiadomo kiedy zleciało nam w handlu 30 lat. Jak już pisałem, początek to jedzenie i chemia. Zmieniały się miejsca naszych punktów handlowych. Wynikało to głównie z kosztów wynajmu lokalu i widoków, że w danym miejscu będą przynosić ponad przeciętne obroty. Każdorazowa zmiana to dokładne rozpoznanie konkurencji, widoków na dłuższe zagrzanie miejsca. W tym czasie klienci nie kupowali z uwagi na gazetki lecz na poziom zaopatrzenia i jakość obsługi. Z różnych przyczyn nie było u nas najlepiej. W ramach kolejnej reorganizacji jeden ze sklepów zaproponowałem Irkowi. Wybrał największy i zadbał o to, żeby w nim było wszystko i zawsze. Zaczęło iść na tyle dobrze, że bez żadnych ubytków w rodzinnych dochodach zwinąłem całą resztę majdanu.
Pojawiły się pierwsze sklepy wielko powierzchniowe. Co raz trudniej było konkurować. Ratowaliśmy się sprzedażą alkoholu i czasem otwarcia. Zacząłem szukać czegoś nowego. Dosyć przypadkowo kupiliśmy dom, gdzie poprzedni właściciel prowadził sklep wędkarski. Dało to początek Jaxon Clubowi. Przez kilka lat konsekwentnego aż do bólu trzymaniu się przyjętej pierwotnie koncepcji udało się wypromować to osiedlowe miejsce na chętnie odwiedzane przez wędkarzy. Naszą pozycję ugruntował Internet i tutaj znowu muszę wspomnieć o Ireneuszu. Czuję chwilami pretensje do siebie, że rzadko kiedy przekazuje mu za wszystko co zrobił przez te lata dobre słowo. A zasłużył na to jak mało kto.
Miało być o niewydarzonych pomysłach a zebrało się na zwykłe wspomnienia. Jest jednak coś co stało się impulsem do pisania. W trakcie wiosennych porządków trafiłem na zdjęcie piramidy do ekspozycji warzyw i owoców ustawionej w naszym sklepie osiedlowym przy ulicy Jana Kazimierza 20. Doczekała się nawet anonsu prasowego zmarłego niedawno Zbigniewa Mareckiego. Wbrew oczekiwaniom produkty w niej przechowywane psuły się szybciej niż trzymane na regale. Swoją rolę jednak spełniła. Była to jedyna piramida, która została zamontowana w całym mieście. Spotkałem się również z opinią, że to ustrojstwo to piramidalna głupota. Amerykanie wyprzedzili nas z reklamą. Nie ważne jak mówią, ważne że coś wzbudziło zainteresowanie. I o to chodziło pomysłodawcy. Piramida już była i nie miałoby sensu ustawiać nowej przed sklepem wędkarskim. Ale postawiłem silnik elektryczny do łodzi wraz z akumulatorem. Nowych nie ma w Poznaniu, ale muzealny zestaw Minn Kota wraz z akumulatorem z demobilu również powinien podziałać na wyobraźnię.
Zestaw jak każdy obiekt w naszym muzeum ma swoją historię. Trafił do mnie od Aleksandra Aziukiewicza. Olek jest autorem jednego z rozdziałów Opowiadań o swojej zsyłce do Kazachstanu. Od kilku lat jeździmy razem na ryby. Często gęsto na jezioro Jasień. Raz, że nam się tam bardzo podoba, a dwa to przez dostępność łódki, której użyczał nam gospodarz za rozprowadzane zezwoleń. Długi czas pływaliśmy na wiosłach, aż kiedyś kolega przypomniał sobie, że ma silnik elektryczny. Pływanie po tym uroczym akwenie stało się jeszcze bardziej bajkowe. Po jakimś czasie w Minn Kocie wysiadły biegi. Aleksander kupił nowy silnik i przy okazji własną łódkę. Odradzałem mu to jak mogłem, ale się uparł. Mówią - kto bogatemu zabroni. Znajomy elektryk samochodowy naprawił uszkodzony silnik. Co prawda ma teraz tylko po jednym biegu do przodu i do tyłu. Ale lepiej źle płynąć na silniku, niż dobrze wiosłować. Akumulator samochodowy jest z demobilu, ale kręci. Wystarczy, żeby zademonstrować na czym polega poruszanie się po wodzie. Większość wędkarzy nie tylko że nie miała własnego silnika, ale nawet nie widziała go z bliska na oczy. Obrazek też nie do wszystkich przemawia. Ale co tu się dziwić, jeśli wielu klientów musi zobaczyć jak wygląda 1 metr. Ciężarek musi wziąć do ręki, bo gramatura 20, 30 czy 40 gram mu nic nie mówi. Bym się może i nie dziwił kobietom, ale na mężczyzn wędkarzy to patrzę z politowaniem. Przecież jednostki miary były w programie szkoły podstawowej. Nie chce mi się wierzyć, żeby jej nie skończyli.

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 16 kwie 2021, 14:23

Muzeum Wędkarstwa to nie tylko przedmioty kultury materialnej, ale i ludzie. Całkiem niedawno wpadła mi w ręce książka napisana przez Jerzego Paladino o powstaniu Polskiego Związku Wędkarskiego. Więcej w niej co prawda języka referatu i dokumentów tworzonych w centrali związkowej, ale między wierszami można znaleźć ducha tamtych czasów. PZW i ja jesteśmy rówieśnikami, ale oczywiste, że jako niemowlak nie mogłem wędkować i należeć do związku. W osobistych wspomnieniach i doświadczeniach wędkarskich dalej sięga pamięcią mój sympatyczny kolega z wielu wyjazdów na ryby – Olek Aziukiewicz. Kłopot jedynie w tym, że bardzo opornie wyciągnąć z niego jakieś wspomnienia. Zawsze mnie zbywał, że tak naprawdę to nie ma o czym mówić. Nagabywałem go tak namolnie, że usiedliśmy w końcu wspólnie przez kilka wieczorów i urodziły się jego wspomnienia mające swój początek długo przed wojną na kresach. Kolejną przeprawę miałem z nim dla wspólnego wydania jego opowieści drukiem. Czy było warto, pozostawiam ocenie czytelników:
Aleksander Aziukiewicz
ZSYŁKA DO KAZACHSTANU
1.Dzieciństwo.
Urodziłem się w 1932 roku w Kostopolu na Wołyniu. Na kresach. Moje rodzinne miasto liczyło kilkanaście tysięcy mieszkańców. Ojciec pracował w urzędzie miejskim. Był oficerem rezerwy. Dostał się do niewoli po zajęciu wschodnich terenów Rzeczypospolitej przez Armię Czerwoną. Trafił do obozu w Starobielsku. Podzielił los wielu innych oficerów Wojska Polskiego zamordowanych przez NKWD. Żywym śladem po nim jest jeden z trzech „dębów pamięci” posadzonych w Słupsku w ogrodzie koło szkoły przy ul. Szymanowskiego – Dąb Aleksandra Aziukiewicza (Otrzymałem imię po ojcu). Uchowało się również rodzinne zdjęcie, na którym są rodzice, ja i mój starszy brat. Na tej fotografii w tle widoczny jest ogród, który znajdował się za naszym domem. Naprzeciw nas w podobnym domu z ogrodem mieszkał duszpasterz miejscowej parafii prawosławnej – pop. Zakradaliśmy się z bratem do jego sadu na jabłka. Jak to dzieci. Zakazany owoc smakował najlepiej.
Z dziecięcych kontaktów z ojcem mam niewiele wspomnień. Jak większość kresowiaków znał doskonale język rosyjski. Starał się, byśmy oboje z bratem opanowali go jako drugi język. Szczególnie utkwił mi w pamięci prikaz w tym języku w czasie mojej choroby: „laż na prawyj boczek”.

Obrazek

Jedna z uliczek w przedwojennym Kostopolu.
W 1939 roku miałem 7 lat. Rozpocząłem naukę w szkole. Trwało to niedługo, bo lekcje zostały odwołane w związku z wkroczeniem do Kostopola 17 września wojsk wschodniego sąsiada. Zapamiętane wojenne obrazy to dalekie łuny płonącego po zbombardowaniu Równego i lecącego nad naszą ulicą kukuruźnika strzelającego do uciekającego wzdłuż płotów człowieka.
Natłok różnych zdarzeń z tego okresu sprawił, że wszystko to co się wówczas działo spowodowało taki mętlik w mojej pamięci, że pierwszym wyrazistym wydarzeniem było pojawienie się w naszym domu żołnierzy z poleceniem: macie 1 godzinę na spakowanie się do wyjazdu. Ilość rzeczy do zabrania była bardzo ograniczona. Jeden kosz wiklinowy naszego dobytku. Czterech osób: mamy, mój, brata i dziadka.
Wywózka miała miejsce wiosną 1940 roku. Dwutygodniowy transport w bydlęcych wagonach, po kilka rodzin w każdym. Podróż trwała z przerwami. Na przetaczanie wagonów na stacjach rozrządowych, na gotowanie posiłków, oczekiwanie na wolne tory. Bardziej włóczęga niż jazda.
Na koniec podróży koleją zorganizowano nam pobyt w łaźni. W kąpieli znalazłem się razem z mamą wśród kobiet. Było to straszne przeżycie. Młody człowiek, ale świadomy swojej płci, wśród wielu nagich kobiet. Starałem się jak tylko mogłem, żeby uniknąć ich spojrzeń.
2.Na zsyłce.
Po dotarciu na końcową stację kolejową dalszą podróż odbywaliśmy ciężarówką. Brat zachorował na tyfus. Jest to ciężka choroba o bardzo wysokiej śmiertelności. Trafił do szpitala w Kustanaju. Znalazł tam dobrą opiekę medyczną. Jak miał wysoką gorączkę, to był nawet okładany zimnymi kompresami dla obniżenia temperatury ciała. Mama została na miejscu dla opieki nad chorym. My zaś z dziadkiem kontynuowaliśmy zesłańczy exodus. Pierwsze miejsce pobytu wyznaczono nam w obwodzie kustanajskim w kołchozie nad rzeką Toboł. Toboł jest dopływem Irtysza. Jak większość zapewne pamięta z lekcji geografii, Ob z Irtyszem stanowią 6 najdłuższą rzekę na świecie. Brat wyzdrowiał. Dołączył wraz z mamą do nas. Zostaliśmy skierowani całą czwórką na docelowe miejsce pobytu. Nasz adres to: Kustanajskaja Obłast, Ordżonikidzkij Rajon, Pokrowskij Sowchoz, Ferma nr 3.
Oprócz Polaków do sowchozu Pokrowskij trafili zesłańcy innych narodowości: Czeczeni, Ingusi, Ukraińcy, Tatarzy i Niemcy z Krymu. Naszą rodzinę ulokowano w domu zbudowanym z gliny. Był to parterowy budynek z płaskim dachem. Dwie izby w prawym skrzydle zajmowała rodzina Kazachów, dwa pomieszczenia z lewej strony Ukraińcy, a nam przypadło mieszkać w jednym pokoju o powierzchni około 15 metrów kwadratowych. Z wyposażenia był piec i wspólna prycza. W porównaniu do warunków życia w Kostopolu cofnęliśmy się o jedną epokę. Na pierwszym planie była nieustanna walka z robactwem. Nie było sposobu na uwolnienie się od karaluchów, pluskiew, wszy, much i komarów.
Sowchoz był nastawiony na hodowlę bydła i koni. Gospodarstwo zostało zlokalizowane nad jeziorem. Akwen jeziorem był tylko z nazwy. W całości był porośnięty. Przeważnie trzciną. Na granicy szuwarów znajdowały się studnie z żurawiami. Między drogą biegnącą przez wioskę a miejscem czerpania wody znajdowały się jary. Doły te były naturalną toaletą mieszkańców. Innych nie było. Wzdłuż ulicy stały domy, a dalej w stepie obory i stajnie dla hodowanych zwierząt.

Obrazek

Step w Kazachstanie.
Mama jako osoba gramotna i znająca język rosyjski została zatrudniona w biurze sowchozu. Brat został przydzielony do prac gospodarskich. Dziadek był w podeszłym wieku i schorowany. Nie mógł pracować. Ja jako wątłej budowy cherlawy malec nie dostałem stałego zajęcia w gospodarstwie. Chodziłem do szkoły. Uczęszczały do niej wszystkie miejscowe dzieci bez względu na narodowość. Nauczanie odbywało się w języku rosyjskim. Były trzy klasy.
Szkoła szkołą, ale niezależnie od nauki miałem swój zakres obowiązków wynikających z codziennej walki rodziny o przetrwanie. Jedno z bardziej żmudnych zajęć to mielenie w żarnach ziarna na mąkę. Wymagało sporego wysiłku fizycznego. Do tego dochodziła monotonia czynności, przerywana dosypywaniem kolejnych porcji ziaren w otwory w kamieniach, będąca udręką dla każdego młodego człowieka. Gotowałem posiłki. Często były to pierogi z paslonem. Paslon to ziele lecznicze o polskiej nazwie słodkogorz porastające na plantacjach ziemniaków. Odkryłem w sobie różne talenty rzemieślnicze. Naprawiałem dziury w dnach garnków, wyrabiałem igły z gwoździ, łatałem walonki, robiłem kierpce ze skór bydlęcych. Zapłatą było coś do zjedzenia.
Pracujący w sowchozie otrzymywali z przydziału około 200 g chleba dziennie, tzw. pajok. Możliwe, że okresowo i inne produkty. Nie pamiętam. Ale wiem, że często byliśmy głodni.
Chęć przetrwania zmuszała do różnych sposobów zdobywania pożywienia. Niektóre z nich nie nadają się do opowiedzenia. Jako bardziej etyczne było na przykład podbieranie jajek z gniazd dzikich kaczek i łapanie ptaków w sidła.
Dziadek nie wytrzymał ciężaru zmagania się z przeciwnościami, z trudnymi warunkami bytowania, z chorobą. Odebrał sobie życie.
Na tych terenach panował klimat kontynentalny. Charakteryzował się wyrazistością pór roku. Lato było upalne, a zima mroźna. Temperatury dochodziły do minus 30 stopni. Tak skrajne warunki życia niewątpliwie zahartowały mój organizm. Przyległe jezioro zimą zamarzało. Był to czas koszenia trzciny, która służyła jako opał dla ogrzania domostw. Do palenia używaliśmy również wysuszonych placków bydlęcych odchodów.
Można było pisać i odbierać listy. Dostaliśmy nawet raz i drugi paczkę od znajomych z Wołynia. W jednej z paczek znalazło się jabłko. To jedno jabłko wypełniło aromatem całą izbę. W Kazachstanie nie rosły drzewa owocowe.
Poza naszym osiedlem rozciągał się step. Lekko pofałdowany bezkresny obszar bez żadnych punktów odniesienia. Jak na pełnym morzu. Jesienią obumierały, rosnące tu i ówdzie wśród traw, jednoroczne krzewy. Przenoszone w różnych kierunkach przez wiatr stanowiły jedyny ruchomy element pejzażu. Oprócz wilków. Do dzisiaj mam w uszach ich wycie w księżycowe noce. Niosące się po stepie pulsujące tony. Nie szło się od nich uwolnić. Wilki stanowiły zagrożenie dla wypasanego bydła. Potrafiły poranić upatrzoną sztukę wyszarpując z niej kawał mięsa. Przy ataku na stado Kazachowie wsiadali na konie i drapieżniki odganiali.
Najbardziej traumatyczne przeżycie z czasów pobytu w sowchozie było związane z aresztowaniem mamy przez NKWD. Przez dwa tygodnie nie mieliśmy żadnej wiadomości. Ani gdzie jest, co się z nią dzieje, ani czy i kiedy ją wypuszczą? Została zwolniona po 14 dniach. Wraz z powrotem mamy nasze życie wróciło do jakiej takiej normy.
Sami swoi.
Wspominałem wcześniej o ciążących na mnie różnorodnych obowiązkach. Ale byłem jednocześnie dzieckiem, które miało naturalną potrzebę zabawy. Moimi towarzyszami byli rówieśnicy ze szkoły. Deportowani tak jak ja: Niemiec o imieniu Lońka, Polak o nazwisku Sapieha oraz miejscowi Kazachowie. Nie bawiliśmy się w chowanego ani w żadne podchody, bo w stepie nie było gdzie się ukryć. Uprawialiśmy za to zawzięcie grę w kości. Była to dostosowana do miejscowych warunków konkurencja zręcznościowa. Zasady rywalizacji można by z grubsza przyrównać do gry w kręgle. Pionkami były goleniowe kawałki bydlęcych i końskich szkieletów, zaś zbijakiem zwanym kołaczykiem kość kolanowa. Fantami były zdobyte pionki przeciwnika. Wygrywający daną rundę zmagań w nagrodę otrzymywał przejażdżkę na barana od pokonanego. Rzucał w step najdalej jak tylko mógł swój zbijak, a przegrany transportował na swoich barkach zwycięzcę w miejsce gdzie upadł kołaczyk i z powrotem.
Sprawności manualnej wyższego stopnia wymagała gra w szwaja. Do tej zabawy służył specjalnie zaostrzony bolec oraz ogniwo od łańcucha. Trzeba było tak rzucać w leżące na ziemi metalowe kółko, żeby odskoczyło jak najdalej w bok. Największa uzyskana w danej serii rzutów odległość kreowała wygranego. Zaś bezapelacyjne zwycięstwo dawało wprawienie w ruch obrotowy ogniwa wokół szpikulca powodujący jego wyskoczenie poza bolec. Było to trudne, ale nieraz się udawało.
Mijał rok za rokiem. Gdzieś tam daleko trwała wojna. Koniec wojny objawił się nam wiadomością: zesłańcy mogą wracać do swoich ojczyzn. Powrotna droga z sowchozu w dalekim Kazachstanie do Polski odbywała się takimi samymi środkami transportu jak na zsyłkę. Tyle, że przejazd odbywał się dużo sprawniej. Jechaliśmy bez wyznaczonego celu podróży. Ciągle na zachód. Kresem naszej wędrówki okazał się Gryfin nad Odrą. Na tej rzece kończyły się Ziemie Odzyskane. Zatrzymaliśmy się tam jakiś czas, ale szukaliśmy przez znajomych jakiegoś punktu zaczepienia, żeby znaleźć się wśród swoich. Trafiliśmy na ślad zaprzyjaźnionej rodziny w Bytowie. Za ich namową osiedliliśmy się po sąsiedzku na obrzeżu tego miasteczka w miejscowości Nowy Bytów.

Obrazek

Hobby dorosłego życia – wędkarstwo.
Przez kilka wojennych lat przerosłem należny mi z wieku poziom wiedzy. Zostałem przypisany w Bytowie do tzw. ciągów. W przyspieszonym tempie trzeba było w ciągu roku opanować materiał rozpisany normalnie na dwa lata. Zrobiłem to na tyle skutecznie, że dostałem się do Technikum Budowlanego w Elblągu. Mieszkałem w internacie, koszty utrzymania pokrywało stypendium. Nauka teoretycznie był bezpłatna. Mówię teoretycznie, bo absolwent szkoły średniej czy wyższej w PRL-u był zobowiązany podjąć pracę lub zwrócić państwu koszty poniesione na jego kształcenie. Po skończeniu technikum otrzymałem nakaz pracy w Hucie Częstochowa. Pozytywne zdanie egzaminu i przyjęcie na studia na Wydziale Architektury w Politechnice Gdańskiej anulowały przypisany mi exodus do pracy w przeciwległym końcu Polski.
Związany pracą, rodziną, mieszkaniem, na dorosłe życie zakotwiczyłem w Słupsku. Jestem emerytem, ale wciąż aktywnym zawodowo w dziedzinie planowania przestrzennego, urbanistyki i architektury. Nieraz udaje się połączyć wyjazdy związane z wykonywaną profesją z odwiedzeniem będącego po drodze łowiska. Miło jest upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Opowiadania : Eugeniusz Friede, Aleksander Aziukiewicz, Marek Kozłowski – Wydawnictwo Boxpol – Słupsk 2021.

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 06 maja 2021, 17:42

Trudno łapać wszystkie sroki za ogon jednocześnie. Jak już wcześniej wspomniałem, przez ostatnich kilka lat zaangażowałem się w działalność związkową. Ze szkodą dla chociażby idei Muzeum Wędkarstwa. Posty na ten temat zamieszczałem w kilku forach wędkarskich. Spróbowałem do takiego sposobu publikacji powrócić po 5 latach i zaczęły się schody. Cały czas trwałem w przeświadczeniu, że w innych forach aż kipi, a tylko Jaxon Club podupadł. Okazało się, że niektóre fora zniknęły całkowicie, a do innych nie można się dostać. Przez tych kilka lat przecież nie zapomniałem, jak się poruszać w Internecie. Trzeba będzie mozolnie odtworzyć swoje miejsce. Wszystko to jest dowodem na ulotność treści publikowanych w Internecie. Żeby coś nie zginęło, to trzeba to ulokować gdzie się tylko da, bo inaczej pisarski trud pójdzie na marne. Jest to jeszcze jeden powód, że wciąż warto drukować książki. Najlepiej jak znajdą się u wielu osób, przecież nie wszyscy w jednym czasie wykidają je na śmietnik. Mam szczególnie na uwadze swoją pierwszą samodzielną publikację zatytułowaną Opowiadania. Z pewnym zdziwieniem przyjąłem wynik remanentu w forum Jaxon Club. Na koniec roku naliczyłem, że zamieszczone w nim posty zostały wyświetlone ponad 2 mln razy ?
W macierzystym kole wędkarskim następuje zmiana warty. Następna ekipa szykuje się do pociągnięcia społecznej roboty. Ja zaś jak przystało na emeryta będę mógł w spokoju pisać. Jak je żona nazywa - „paszkwile”.

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 08 maja 2021, 08:26

Przez ostatnich kilka lat zaangażowałem się ostro w działalność związkową. Z ewidentną szkodą dla idei Muzeum Wędkarstwa. Wcale nie jest tak, że starocie się nie starzeją. Wymagają pielęgnacji i konserwacji jeszcze więcej niż nowe. To jest tak samo jak z człowiekiem i samochodem. Dla siebie wybrałem najbardziej popularny wśród budowlańców sposób konserwacji i wychodzi mi to teraz bokiem. Za to chodzi mi po głowie generalny lifting muzealnej ekspozycji. Wiadomo, że samo się nie zrobi. Mógłbym obecny stan pokazać czytelnikom, ale byłby to totalny obciach. Spróbuję za to zająć uwagę internautów innymi rzeczami związanymi z kolekcją. Największe gabarytowo eksponaty przekazał Aleksander Aziukiewicz. Są to silnik elektryczny i ponton. Silnik na chodzie, ale tylko z jednym biegiem do przodu i do tyłu. Za to ponton prawdopodobnie pamięta czasy wojenne (stanu wojennego). Ofiarodawca zapewnił, że jest niezatapialny i bez przestrzelin.

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 28 maja 2021, 17:00

Można powiedzieć, że zaplanowane prace nad renowacją muzealnej kolekcji staroci wędkarskich doszły do półmetka. Najbardziej widoczny zakres liftingu dotyczy wachlarzyka wędzisk. Prawa strona jest już prawie gotowa. Lewa czeka na swoją kolej. Przez kilka lat eksponowania wędki przykurzyły się. Stąd trzeba każdą z nich wziąć do ręki i przetrzeć ją ścierką. Co jak co, ale patyna w postaci kurzu i pajęczyny eksponatom nie jest potrzebna.
Z innych prac, to szklarz wymienił wkład okienny. Teraz do pomieszczenia wpada pełnia dziennego światła. Rankiem to nawet zagląda słońce. Następny fachowiec zamontował na oknie ciemną roletę. Pozwoli to na uzyskanie w środku pełnej ciemności. Wskazanej przy projekcji filmów lub prezentacji multimedialnych.

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Re: MUZEUM WĘDKARSTWA W SŁUPSKU.

Nieprzeczytany postautor: Eugeniusz Friede » 24 sie 2021, 16:29

Wszystkie eksponaty wróciły na swoje miejsce. Po zabraniu stołu pomieszczenie stało się bardziej przestronne. Można teraz spokojnie obejść wszystkie cztery ściany i pooglądać rozwieszone i rozłożone skarby.
W lipcu tego roku stuknęła mi siedemdziesiątka. Lekarze przy każdej wizycie powtarzają mi, że jestem młodym człowiekiem. Jest to bardzo budujące, tyle że tych wizyt robi się niepokojąco dużo. Satysfakcjonujące jest to, że przekroczyłem prognozowaną przez ZUS długość życia. Nie mam nic przeciwko temu, żeby to trwało jak najdłużej. Humor i apetyt dopisują, tylko że ogólna kondycja szwankuje. Również rzadziej niesie mnie na ryby. Jak już skusi, to kombinuję jak się da, żeby od samochodu do miejsca łowienia było w miarę blisko i po równym. O kilometrowych wędrówkach z pełnym ekwipunkiem nie ma mowy.
Miało być o muzeum, a zeszło na mnie. Widać, że jakoś tak od niechcenia stałem się również muzealnym eksponatem.

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
Eugeniusz Friede
Moderator
 
Posty: 1592
Rejestracja: 02 sie 2011, 21:15
Lokalizacja: Słupsk

Poprzednia

Wróć do Dyskusje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość